Lubiąż

Świento prawda, tys prawda i gówno prawda

autor: dar_wro
1 komentarz

Kultura Web 2.0 powraca. Powraca tym razem na łamach Innpolad.pl w artykule, który moim zdaniem w swoim wydźwięku jest bardziej szkodliwy, niż działanie opisanej bohaterki, która mimo wszystko działa w ramach obowiązującego prawa.

Autor tekstu zajmuje się copyright trollingiem. Wyjaśnia on, że polega to na dochodzeniu odszkodowania z tytułu naruszenia praw autorskich, które nastąpiło nieświadomie i w celach społecznie pożytecznych. Autor podnosi przy tym, ze „Roszczenia takie są w wysokości nieadekwatnej do powstałej szkody. W przypadku wykorzystania zdjęcia bez zgody autora, ten ma prawo domagać się trzykrotności stosownego wynagrodzenia.” W tekście cytowany jest także Michał Kanownik, prezes ZIPSEE Cyfrowa Polska, który twierdzi, że: „Prawo autorskie, niestety, nie przystaje do warunków cyfrowej rzeczywistości i znajdują się zawsze ludzie, którzy chętnie wykorzystują taka sytuację . (…) Jednocześnie prawo autorskie poprzez ogromną liczbę drobnych nowelizacji stało się bardzo skomplikowane i niejasne. Nawet prawnicy mają wątpliwości odnośnie wielu zapisów a co dopiero “szary obywatel””. Doprawdy przypomina to opisaną już kiedyś przeze mnie Kulturę  Web 2.0.  Ciekawe, czy w ten sam sposób uda się panom przekonać skarbówkę do niepłacenia podatków? W końcu prawo autorskie, w porównaniu z prawem podatkowym, to przysłowiowa bułka z masłem.

Cóż oznacza „Wyznaję generalną zasadę: prawo autorskie musi chronić prawa twórców do swojej własności, ale jednocześnie musi gwarantować odpowiedni dostęp do treści dla konsumentów”? Święte prawo własności dotyczy nie tylko samochodu, czy mieszkania autora tekstu czy też prezes ZIPSEE Cyfrowa Polska. Panowie zapewne byliby oburzeni, gdyby ktoś „nieświadomie pożyczył” sobie ich samochód tłumacząc koniecznością dostępu dla szeroko pojętego konsumenta. Wszak nie wszyscy mają samochody. Na upartego krótkotrwały zabór pojazdu, to też konsumpcja. I tu nie chodzi o ślepe wyznawanie przeze mnie zasady dura lex, sed lex. Zadziwiające jest bowiem dosyć frywolne podejście do kwestii ochrony praw autorskich. Piętnuje się fotografa, który dochodzi swoich praw w sądzie, natomiast usprawiedliwia naruszyciela.

Fakt niepodpisywania zdjęć publikowanych w Internecie nie może być rozgrzeszeniem dla naruszyciela. Siódme przykazanie brzmi „nie kradnij” i dotyczy także zdjęć! Posłużę się przykładem motoryzacyjnym. Z faktu, że na parkingu stoi zaparkowany kabriolet z włączonym silnikiem, a dookoła nie ma żywej duszy nie oznacza, że można sobie wsiąść do niego i odjechać w siną dal.  A tak właśnie robią ci wszyscy, którzy korzystają z cudzych zdjęć publikowanych w Internecie, także ci korzystający „w celach społecznie pożytecznych”.

Nie ma również najmniejszego znaczenia z jakich środków finansowany jest naruszyciel praw. Chociaż autor omawianego tekstu widzi to chyba inaczej: „Jak dowiedzieliśmy się anonimowo od przedstawiciela jednego z pozwanych podmiotów, dla całej organizacji był to ogromny szok. Instytucja jest finansowana ze środków publicznych i wysokość roszczenia była szokująco duża. W przypadku organizacji utrzymywanej z pieniędzy podatnika, za copyright trolling płacimy wszyscy.” Proponowałbym spojrzeć na to z innej strony. Ze środków publicznych finansowane są osoby, które naruszają prawo, i to my wszyscy płacimy za ich niekompetencję.

Swoją drogą dobrze jest również znać się na tym, o czym się pisze. Mam spore wątpliwości co do wiedzy autora tekstu na temat prawa autorskiego, o czym może świadczyć poniższy cytat:

„Ostatnio domagała się od Krakowskiej Fundacji Filmowej kwoty 15 tysięcy złotych. Instytucja umieściła na swojej stronie zdjęcie znanego reżysera, które wykonała fotografka. Jak utrzymuje, fundacja bezprawnie wykorzystała jej dzieło. Rozgoryczenie fotografki byłoby zrozumiałe, gdyby nie to, że sama to zdjęcie podarowała pracownikowi fundacji z osobistą dedykacją.”

Było o tym na blogu wiele razy, więc nie będę się rozpisywał. Zajrzyjcie do tekstu „Odbitki wujka Leona”. Dam tylko prosty przykład. Kupując egzemplarz książki nabywam prawo do tego egzemplarza, ale nie upoważnia mnie to do rozporządzania prawami autorskimi do dzieła w nim opublikowanego. Mogę sprzedać lub pożyczyć książkę koledze, ale nie mogę wydrukować 10.000 kolejnych egzemplarzy, czy udzielić licencji do utworu. Tak samo jest z tym zdjęciem z dedykacją. Proszę sobie postawić je na biurku!

Niby rannych się nie dobija, ale mus jest. Nieżyjący i nieodżałowany ks. Józef Tischner kiedyś napisał: Są trzy prawdy: świento prawda, tys prawda i gówno prawda. Poniższy cytat z artykułu opublikowanego 24.08.2016 r. należy zakwalifikować do trzeciej z prawd.

W przypadku wykorzystania zdjęcia bez zgody autora, ten ma prawo domagać się trzykrotności stosownego wynagrodzenia.

Art. 79 pkt 3 lit. b częściowo został uznany za niezgodny z art. 64 ust. 1 i 2 w zw. z art. 31 ust. 3 w zw. z art. 2 Konstytucji RP, wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego z dnia 23 czerwca 2015 r. sygn. akt SK 32/14 (Dz.U.2015.932) z dniem 1 lipca 2015 r. Zgodnie z tym wyrokiem wymieniony wyżej przepis traci moc w zakresie, w jakim uprawniony, którego autorskie prawa majątkowe zostały naruszone, może żądać od osoby, która naruszyła te prawa, naprawienia wyrządzonej szkody poprzez zapłatę sumy pieniężnej w wysokości odpowiadającej – w przypadku gdy naruszenie jest zawinione – trzykrotności stosownego wynagrodzenia, które w chwili jego dochodzenia byłoby należne tytułem udzielenia przez uprawnionego zgody na korzystanie z utworu. Czytelnicy bloga, którzy czytali  tekst „Trybunał Konstytucyjny a prawa fotografa” o tym wiedzą, ale autor z Innpoland już nie.

PS.

We wpisie z 10.03.2016 r. “Siódme – nie kradnij” opisałem sprawę, do której odwołuje się tekst z Innpoland.

1 komentarz
0

Może Ci się również spodobać

1 komentarz

Koovert 27 sierpnia 2016 - 12:36

W kategoriach obecnie obowiązującego prawa – oczywiście ma Pan rację.

Natomiast miałbym jednak pewne uwagi odnośnie porównania prawa własności i praw autorskich.

Patrząc na nie przez rys historyczny, początkowo takich praw w ogóle nie było. Potem, bodajże w Wenecji, pojawiły się, ale nie jako “słuszna własność autora” tylko jako bodziec do tworzenia i/lub importowania książek. Działały bardzo podobnie do ochrony patentowej, i, jak dla mnie, idea stojąca za prawem autorskim i patentowym jest taka sama. Ochrona własności (prawa majątkowe, czasowy monopol, zwał jak zwał) miały zachęcić do generowania treści kusząc dodatkowym zyskiem, z którego inni nie mogli skorzystać. Poza tym ochrona ta nie była zbyt długa, i w dodatku jej okres liczył się od czasu rozpowszechnienia dzieła, a nie śmierci artysty. A mówię o czasach, w których obieg informacji był znacznie wolniejszy! Ochrona na początku trwała 10 lat, z opcją przedłużenia o ten samo okres. 20 lat u schyłku średniowiecza to moment. Zanim nowe dzieło zdążyło w pełni rozprzestrzenić się po świecie jego ochrona już wygasała. Przyznam, nie było to zbyt fortunne. Ale dziś? Spójrzmy na film: premiera w kinie, dystrybucja na DVD/BR, płatne kanały TV, ogólnodostępna telewizja. Po 10 latach film wygenerował większość przychodów, które był w stanie zapewnić i utonął w oceanie innych. Ale film z początku lat 90-tych jest chroniony nie mniej niż premiera kinowa, mimo, że stał się już częścią kultury, z której inni mogliby swobodnie korzystać, tworząc na przykład dzieła zależne.

Za każdym prawem stoi idea, która mu przyświeca. Prawo własności wcale nie jest “święte”. Prawo własności wynika ze społecznej umowy i jest po to, żeby nie obawiać się o własne dobra, nie musieć ich bronić siłą, umożliwić akumulowanie bogactwa, planować swoją przyszłość…

A prawo własności intelektualnej nie jest prawem “własności” per se, o czym Pan, jako prawnik i twórca zapewne wie.
“Prawa autorskie nie mogą być uważane ani za prawa rzeczowe w ścisłym znaczeniu, ani za prawa osobiste, czyli nie dadzą się podciągnąć pod żadną z dwóch kategorii, na które cywiliści prawa majątkowe w ogóle dzielić zwykli. Z prawami rzeczowymi mają one to tylko wspólne, że są absolutne, tj. mają sobie zapewnioną obronę przeciwko każdemu gwałcicielowi. Ale natura ich obiektu nie dopuszcza, ażeby prawa te, jakkolwiek absolutne, uważane mogłyby być za prawa rzeczowe, które muszą się odnosić do materialnego przedmiotu. Nie pozostaje tedy nic innego, jak przyznać, że w systemie praw cywilnych, jakim go do nas prawo rzymskie przyniosło, nie ma miejsca na prawa autorskie. Skoro jednak słuszność i interes społeczeństwa wymagają ich uznania, należy im w rzędzie praw uznanych wyznaczyć nowe, osobne miejsce” [Markiewicz, 1876]

Dziś, rozmawiając o społeczeństwie informacyjnym, zamiast ostrzeliwać się ze skrajnych pozycji paragrafami, można porozmawiać o idei, jaka stoi za tym prawem. A jaka idea stoi za prawem autorskim?
Sądzę, że chodzi o skłonienie ludzi do tworzenia. Owszem, niektórzy tworzyliby i bez ochrony prawnej, bo nie zależałoby im na gratyfikacji, albo liczyliby na coś w rodzaju mecenatu. Ale to rozwiązania z zamierzchłych czasów, nie pozwalające planować utrzymywania się z tworzenia. Zapewnienie możliwości zarobkowania z tworzenia pozwala na tworzenie dużych dzieł (myślę na przykład o filmach), albo profesjonalizację zawodu twórcy.
Chronimy twórczość nie dlatego, że jest czyjaś, że jest czyjąś własnością, tylko dlatego, że chcemy, żeby było jej więcej. Czasowy monopol jest więc wyjątkiem od zasady, że z dzieł można korzystać. Dzieło jest informacją w czystej postaci, bo rozpatrujemy je w oderwaniu od jego fizycznej formy. Informacją. Wiedzą. A wiedza powinna krążyć, być rozwijana przez innych, bo zapewnia rozwój. Z odpowiednią gratyfikacją dla osoby, która ją wytworzyła: stąd czasowy jej monopol.

Niestety, przez lata ta idea została wypaczona. Nie chronimy już dzieł X lat od czasu publikacji, tylko od śmierci autora. Po co? Dlaczego? Czy racjonalny prawodawca liczy, że perspektywa wyżywiania własnej rodziny z tantiem na trzy pokolenia do przodu skłoni do twórczości bardziej, niż “jedynie” dożywotni przychód? I nie jest to nowy argument: w 1920 Fryderyk Zoll pisał: “w zasadzie powinno prawo autorskie gasnąć ze śmiercią twórcy – jeżeli się przedłuża ochronę po śmierci ze względu na spadkobierców, to już jest koncesja o podłożu oportunistycznym, to już nie jest prawo twórcy”. W tym samym okresie Litauer pisał, że “[w] terminie ochrony praw autora tkwi idea pogodzenia sprzecznych interesów materialnych autora i kulturalnych społeczeństwa”, “termin przypadkowy od śmierci autora, ściśle biorąc, nie jest właściwy, powinien być raczej liczony od daty wydania dzieła.” “Towarzystwo literackie w Petersburgu na podstawie danych statystycznych wywodziło, że termin 50-letni pozbawiony jest dla większości autorów praktycznego znaczenia, ponieważ utwory ich o wiele wcześniej tracą powab na rynku księgarskim.”

Dzisiejsze prawo jest skrojone pod osoby prawne, a nie osoby fizyczne. To one mają z niego największe korzyści, szczególnie w takim kształcie. Mam wrażenie, że każdy profesjonalny, ale jednoosobowy Twórca, zawzięcie broniący swojej „własności”, nieświadomie lobbuje za rozwiązaniami, na których to wcale nie on skorzysta. Bo o ile z prawie wszystkimi Pana ripostami do zacytowanego tekstu się zgadzam, to rozsądne jest jednak stwierdzenie: „Wyznaję generalną zasadę: prawo autorskie musi chronić prawa twórców do swojej własności, ale jednocześnie musi gwarantować odpowiedni dostęp do treści dla konsumentów”. Z tym, że jeszcze ważniejszy niż dostęp do treści dla konsumentów, jest dostęp dla innych twórców.

Oczywiście, mówię jedynie o prawach majątkowych, ponieważ uznanie autorstwa i praw osobiste są dla mnie bezsporne, a ich naruszenie nigdy nie ma uzasadnienia.

Ech, miałem napisać tylko odnośnie złudnej „własności”, co zamyka się w jednym cytacie, ale trochę za bardzo rozpisałem. Mam nadzieję, że nie będzie mi Pan miał tego za złe.

Odpowiedz

Napisz komentarz

Strona korzysta z cookies. Mam nadzieję, że Ci to nie przeszkadza. Możesz oczywiście tą funkcję wyłączyć w swojej przeglądarce. Akceptuję Czytaj więcej

error: Uwaga: Treść jest chroniona !!