8 lipca 2011 r. pojawił się pierwszy wpis na F-LEX. Nie miał być żadnym wielkim wstępniakiem, więc może i teraz nie ma potrzeby robić wielkiego jubileuszowego przemówienia. Od tamtego dnia minęło jednak 15 lat. W fotografii to niemal epoka. Zmieniły się aparaty, telefony, karty pamięci, programy do obróbki, Internet, media społecznościowe, drony, chmura, automatyka i sztuczna inteligencja. Zdjęcie można dziś zrobić, obrobić i opublikować szybciej, niż kiedyś zdążyło się zgrać pliki z karty na komputer.
Nie zmieniło się natomiast jedno. Fotografowie nadal pytają o to samo: co wolno fotografować, kiedy potrzebna jest zgoda, kto ma prawa do zdjęcia i czy ktoś może zażądać jego usunięcia.
Inne zdjęcia – te same pytania
F-LEX powstał z prostego powodu. Fotograf nie musi być prawnikiem. I całe szczęście, bo wtedy miałby znacznie mniej czasu na robienie zdjęć. W głowie fotografa kwestie prawne pojawiają się jednak bardzo szybko. Czasem jeszcze przed zrobieniem zdjęcia, gdy ktoś mówi: „tu nie wolno fotografować”. Innym razem chwilę po naciśnięciu spustu migawki, gdy w kadrze znajdzie się osoba, tablica rejestracyjna, dom, samochód, pies albo cudzy znak firmowy. A niekiedy dopiero po publikacji, gdy ktoś pisze: „proszę to usunąć”, „nie wyrażałem zgody”, „to narusza RODO”, „to mój samochód”, „to mój pies” albo „to moje zdjęcie”.
Przez piętnaście lat przez F-LEX-a przewinęło się wiele takich pytań. Część dotyczyła skomplikowanych problemów prawnych, ale większość zaczynała się bardzo prosto: „czy mogę?”, „czy potrzebuję zgody?”, „czy ktoś może mi tego zabronić?”. To dobrze pokazuje, że fotografia i prawo spotykają się przede wszystkim w codziennej praktyce, a nie tylko w ustawach i na salach sądowych.
Przez 15 lat zmieniło się otoczenie fotografii. Same pytania pozostały jednak zaskakująco znajome.
Wizerunek
Jednym z tematów, które nie chcą się zestarzeć, jest wizerunek. Kiedyś pytanie brzmiało najczęściej: czy mogę opublikować zdjęcie osoby na stronie internetowej, w galerii albo na forum? Dziś brzmi podobnie, tylko miejsc publikacji jest więcej: Instagram, Facebook, TikTok, YouTube, strona firmowa, newsletter, rolka, relacja, sklep internetowy, profil organizatora wydarzenia.
Przepisy dotyczące ochrony wizerunku nie zmieniły się tak bardzo, jak sposób publikowania zdjęć. Co do zasady, jeżeli na zdjęciu da się rozpoznać konkretną osobę, do rozpowszechniania jej wizerunku potrzebna jest zgoda. Oczywiście są wyjątki. Osoba powszechnie znana, sfotografowana w związku z pełnieniem funkcji publicznych, zawodowych albo społecznych lub osoba stanowiąca jedynie szczegół większej całości, takiej jak zgromadzenie, krajobraz czy publiczna impreza.
W praktyce diabeł nadal siedzi w szczegółach, a raczej w kadrze. Szerokie ujęcie publiczności na koncercie to co innego niż ciasny portret jednego z uczestników koncertu. Zabiegani przechodnie na ulicy, to nie to samo co zdjęcie przypadkowego człowieka, który nagle staje się głównym bohaterem opowieści. Zdjęcie z biegu miejskiego może pokazywać wydarzenie, ale może też pokazywać konkretną twarz, konkretny grymas, konkretną sytuację.
Dlatego prosty funkcjonujący od lat test nadal działa. Czy po usunięciu tej osoby zdjęcie pokazywałoby tę samą scenę? Jeżeli tak, można rozmawiać o szczególe całości. Jeżeli nie, bo to właśnie ta osoba niesie zdjęcie, zgoda może okazać się potrzebna.
Fotografowanie i publikacja
Przez lata na F-LEX temat ten wracał wielokrotnie. Zrobienie zdjęcia i jego późniejsza publikacja to dwie odrębne kwestie. Można zrobić zdjęcie, którego nie wolno później opublikować bez zgody. Można też mieć problem nie dlatego, że nacisnęło się spust migawki, ale dlatego, że zdjęcie zostało pokazane w określonym kontekście.
To rozróżnienie nadal jest aktualne, choć pojawiły się nowe wyjątki.
Najlepszy przykład to zakaz fotografowania określonych obiektów. Przez lata fotografowie słyszeli zakazy wypowiadane przez ochroniarzy, właścicieli obiektów, pracowników muzeów, zarządców galerii, czasem przez osoby, które po prostu nie lubiły aparatu. W wielu takich sytuacjach trzeba było spokojnie sprawdzić, czy zakaz rzeczywiście wynika z prawa, czy tylko z regulaminu, zwyczaju albo stanowczego tonu osoby mówiącej „nie wolno”.
Dzisiaj mamy także szczególny zakaz fotografowania oznaczonych obiektów zajmowanych przez jednostki wojskowe albo służby specjalne. Tu problem może powstać już na etapie fotografowania, filmowania albo przesyłania obrazu, a nie dopiero przy publikacji.
To ważna zmiana. Nie oznacza jednak, że każda tabliczka „zakaz fotografowania” ma moc sprawczą. Zakaz fotografowania wynikający z ustawy o obronie Ojczyzny dotyczy określonych obiektów i wymaga ich prawidłowego oznaczenia. Tabliczka na garażu sąsiada może poprawiać sąsiadowi samopoczucie, ale nie zmienia jego garażu w obiekt wojskowy.
Internet
Kiedyś publikacja zdjęcia była bardziej świadomym zdarzeniem. Trzeba było przygotować galerię, wrzucić zdjęcie na stronę, dodać je do wpisu, wysłać do redakcji albo wydrukować.
Dzisiaj publikacja bywa często odruchem. Zdjęcie trafia do sieci natychmiast. Czasem jeszcze z miejsca wydarzenia. Czasem bez namysłu, bo przecież „to tylko relacja”. Potem ktoś robi zrzut ekranu, ktoś udostępnia, ktoś dopisuje komentarz, ktoś używa zdjęcia w innym kontekście. Fotografia zaczyna żyć własnym życiem.
To właśnie Internet zmienił wagę błędu. Zdjęcie, które kiedyś zobaczyło kilkanaście osób na forum, dziś może zobaczyć kilka tysięcy odbiorców w ciągu godziny. A problem prawny często nie wynika z samego kadru, lecz z tego, gdzie zdjęcie zostało pokazane, z jakim opisem, w jakim celu i wobec kogo.
Dobrym przykładem są tablice rejestracyjne. Nie jest prawdą, że każdą tablicę na każdym zdjęciu trzeba natychmiast zamazywać. Nie jest też prawdą, że widoczna tablica nigdy nie ma znaczenia. Wszystko zależy od kontekstu. Samochód przejeżdżający przez ulicę na zdjęciu miejskim to co innego niż zdjęcie auta opisane jako przykład złego parkowania pod konkretnym domem. Neutralna fotografia uliczna, to co innego, niż publikacja interwencyjna, oskarżycielska albo ośmieszająca.
Prawo fotografii nie lubi automatyzmów. Internet też nie powinien ich lubić.
RODO nie zastąpiło zdrowego rozsądku
Przez ostatnie lata w języku fotografów zagościło RODO. Magiczny skrót często staje się argumentem, gdy ktoś po prostu nie chce, żeby zdjęcie było opublikowane.
RODO nie sprawiło, że fotografowanie ludzi stało się zakazane. Nie sprawiło też, że każde zdjęcie miasta trzeba zamienić w zbiór rozmazanych twarzy i tablic rejestracyjnych. Zmieniło jednak sposób rozmowy o publikacji zdjęć. Jeżeli na zdjęciu da się rozpoznać konkretną osobę, w grę może wchodzić nie tylko prawo do ochrony wizerunku, ale także ochrona danych osobowych. To dwa różne porządki prawne, które często się spotykają, a nawet przenikają. Fotograf nie musi przy każdej fotografii ulicznej prowadzić akademickiego wykładu o podstawach przetwarzania danych. Powinien jednak rozumieć prostą rzecz: im łatwiej kogoś rozpoznać i im bardziej publikacja dotyka tej osoby, tym więcej trzeba ostrożności.
W praktyce najważniejsze pytania są nadal bardzo fotograficzne.
- Czy człowiek jest rozpoznawalny?
- Czy jest głównym tematem zdjęcia?
- Czy zdjęcie pokazuje sytuację neutralną, czy prywatną, kompromitującą albo konfliktową?
- Czy publikacja ma charakter prywatny, informacyjny, artystyczny, promocyjny albo komercyjny?
- Czy opis zdjęcia nie zmienia zwykłego kadru w zarzut?
To nie są pytania wyłącznie dla inspektorów ochrony danych. To są pytania dla fotografa przed kliknięciem „opublikuj”.
Zdjęcie jako utwór
Drugi istotny temat na F-LEX to prawo autorskie. Tu także przez 15 lat wiele się zmieniło i niewiele się zmieniło jednocześnie.
Aby fotografia była utworem, w rozumieniu prawa autorskiego, nie musi być arcydziełem. Nie musi wisieć w galerii ani zdobywać nagród. Nie każde jednak zdjęcie korzysta automatycznie z ochrony tylko dlatego, że powstało po naciśnięciu spustu migawki. Liczy się indywidualny, twórczy wkład fotografa. Kadr, odpowiedni moment, perspektywa, światło, kompozycja, wybór ogniskowej itp. Istotna jest decyzja, która powoduje, że zdjęcie jest efektem pracy konkretnego człowieka, a nie tylko techniczną rejestracją rzeczywistości.
Dlatego też inaczej patrzymy na przemyślaną fotografię uliczną, krajobrazową, reportażową czy portretową, a inaczej na czysto techniczne zdjęcie dokumentu, proste zdjęcie ewidencyjne albo powtarzalny zdjęcie produktowe wykonane według sztywnej instrukcji.
Prawo autorskie nie chroni samego wysiłku autora. Nie ma także na nie wpływu wartość sprzętu, którym zrobiono zdjęcie. Aparat za kilkadziesiąt tysięcy złotych nie daje automatycznie mocniejszych praw autorskich niż telefon. Z punktu widzenia prawa ważniejsze jest to, czy w końcowym obrazie widać decyzje fotografa.
Co z AI?
Automatyka w fotografii nie zaczęła się od sztucznej inteligencji. Autofocus, pomiar światła, tryby półautomatyczne, automatyczny balans bieli, profile kolorystyczne, presety, korekcje obiektywu, odszumianie, maskowanie, automatyczne poprawianie ekspozycji — to wszystko było z nami już wcześniej. AI nie jest więc pierwszym narzędziem, które pomaga fotografowi. Jest narzędziem mocniejszym, bardziej samodzielnym i czasem trudniejszym do opisania, ale pytanie prawne pozostaje podobne: kto naprawdę ukształtował końcowy obraz?
Jeżeli fotograf wybrał miejsce, kadr, moment, perspektywę, światło, a później użył AI do odszumienia, poprawy ekspozycji, usunięcia drobnego elementu albo korekty koloru, trudno mówić, że samo użycie AI odbiera zdjęciu ochronę. Jeżeli jednak człowiek ogranicza się do zaakceptowania gotowego wyniku wygenerowanego przez system, sprawa wygląda inaczej. Wtedy coraz trudniej wskazać ludzkie decyzje twórcze, które mają być chronione przez prawo autorskie.
AI nie zmieniła tego, że o ochronie fotografii nadal decydują przede wszystkim twórcze decyzje człowieka. Zmieniła jedynie narzędzia, którymi fotograf może się posługiwać.
Co naprawdę się zmieniło?
Zmieniło się tempo. Zdjęcie można dziś zrobić, poprawić, wysłać do chmury, opublikować, oznaczyć i udostępnić w kilka chwil. Dawniej między zrobieniem zdjęcia a publikacją zwykle było więcej czasu na namysł. Dzisiaj tego namysłu często brakuje.
Zmieniła się skala. Jedno zdjęcie może natychmiast trafić do bardzo szerokiego grona odbiorców. Może zostać skopiowane, zapisane, przerobione, użyte w innym kontekście, oderwane od pierwotnego opisu.
Zmieniła się wrażliwość na prywatność. Ludzie częściej reagują na zdjęcia. Częściej pytają, dlaczego są widoczni w kadrze. Częściej żądają usunięcia fotografii. Częściej powołują się na RODO, dobra osobiste albo prawo do prywatności.
Zmieniły się narzędzia. Dron, kamera samochodowa, GoPro, telefon, transmisja na żywo, Lightroom, AI — każde z tych narzędzi dokłada własne pytania. Czasem techniczne, a czasem prawne. Często bardzo praktyczne, na przykład: czy ja właśnie robię zdjęcie, filmuję, przesyłam obraz czy wszystko naraz?
Co się nie zmieniło?
Nie zmieniła się podstawowa zasada, że jedno zdjęcie może uruchamiać kilka różnych kwestii prawnych (np. dotyczących ochrony wizerunku, RODO, ochrony praw autorskich itp.)
Nie zmieniło się też to, że fotografowanie i publikowanie to nadal dwa różne zagadnienia. Ściśle z sobą powiązane, ale dotykające różnych obszarów.
Nie zmieniło się pytanie o zgodę na publikację.
Nie zmieniło się znaczenie kontekstu przy publikacji zdjęcia.
No i oczywiście nadal potrzebny jest zdrowy rozsądek.
I nie zmieniło się także to, że prawo fotografii rzadko daje odpowiedzi w stylu: zawsze wolno albo zawsze nie wolno.
Po 15 latach
Po 15 latach F-LEX-a widać, że prawo fotografii nie jest zbiorem prostych zakazów i pozwoleń. To raczej ciągłe pytanie o konkretne zdjęcie, konkretny kadr, konkretny cel i konkretny sposób publikacji. Wiele rzeczy uległo zmianie (w końcu fotografia także idzie z postępem), ale podstawowe pytania fotografów pozostały zaskakująco podobne.
Co wolno fotografować?
Kiedy potrzebna jest zgoda?
Czy zdjęcie jest utworem?
Kto może je opublikować?
Czy trzeba coś zamazać?
Czy właściciel rzeczy może zaprotestować?
Czy ktoś może żądać usunięcia zdjęcia?
Fotografia się rozwija, a prawo nadal próbuje za nią nadążyć. I chyba właśnie dlatego F-LEX nadal będzie miał o czym pisać.
