O głośnej sprawie makaka pisałem na blogu dwukrotnie. Pierwszy raz w ?Makak i jego selfie? i całkiem niedawno w ?Sprawa selfie makaka trafiła na wokandę?. Mamy rozstrzygnięcie! Wczoraj, tj. 6 stycznia 2016 r. sędzia poinformował o swoim rozstrzygnięciu. Chyba nie ma nikogo, kto byłby przekonany, że makakowi będą przysługiwały prawa autorskie?
Utwór
Pamiętacie selfie sympatycznego makaka? Rok temu cały świat się rozpisywał na ten temat. W tym względzie F-LEX nie był oryginalny, bo też poczynił na ten temat notkę. Kto nie pamięta sprawy lub o czym pisałem wtedy na blogu niech zajrzy do tekstu ?Makak i jego selfie?. Media i portale społecznościowe żyły sprawą przez kilka dni, a potem o sprawie zapomniały. O makaku przypomniała trzy dni temu witryna www.petapixel.com. bowiem zdjęcie sympatycznego makaka stało się powodem procesu sądowego w USA o prawa autorskie do selfie.
Organizacja PETA (przypadkowa zbieżność z witryną) wystąpiła we wrześniu 2015 r. z pozwem przeciwko właścicielowi aparatu z wnioskiem o uznanie, że prawa autorskie do zdjęcia powinny należeć do makaka, a nie do właściciela aparatu, co skutkować musi, że wszelkie wpływy osiągane ze zdjęcia powinny być należne makakowi. Iście amerykański proces. Wiem, brzmi niedorzecznie, a jednak to prawda. Kto nie wierzy, niech zajrzy TUTAJ, gdzie opublikowana jest treść pozwu, złożonego w imieniu sześcioletniego makaka Naruto.
Chwilowa przerwa w Alfabecie F-LEX i trochę inny temat. A może jednak się mylę, bo kolejna litera oczekująca na publikację to ?F?. Zatem eF doczekało się swojej publikacji. 🙂 Jako wrocławianin od urodzenia postanowiłem napisać kilka słów na temat ?z pogranicza?. U nas w domu temat ten jest dyskutowany od pewnego już czasu. Dotyczy on fotografii (zdjęć) Marylin Monroe autorstwa Miltona H. Greene?a zakupionych przez wrocławską spółkę miejską. ?Niewielki? wydatek 6,5 miliona złotych z i tak dziurawego, jak nasze wrocławskie drogi, budżetu. Dodatkowo zainspirował mnie wywiad prasowy, który wczoraj ukazał się na gazeta.pl ? ?Czemu władza wydała miliony złotych na zdjęcia Marylin Monroe?. Sprawy prawne omówię w dalszej kolejności.
Na początek o zabawnym dorabianiu ideologii. Zacytuję za gazeta.pl. prezesa miejskiej spółki, który na pytanie o związek MM z Wrocławiem odpowiedział:
?Jest taka dobra opowieść o tym, dlaczego doszło do przełomu w 1989 roku. Istniało coś, co pozwalało wierzyć Polakom po II wojnie światowej przez 44 lata, ż istnieje system wartości i pewna przestrzeń, która nie ma wiele wspólnego z czerwonoarmiejcami w uszankach i walonkach, którzy przenieśli nam obcy szczep kulturowy. To się przejawiało w tym, że u nas we wrocławskich domach, częściej wisiały wycięte z czasopisma zdjęcia MM niż plakaty z Nataszą Traktorzystką. A mimo żelaznej kurtyny, ikony popkultury stały się częścią naszego życia.?
W zasadzie to już tylko jeden krok, aby wystosować petycję o nadanie MM tytułu Honorowego Obywatela Wrocławia oraz dodatkowo do Prezydenta RP o pośmiertne odznaczenie jej za zasługi w walce z komunizmem. 😉 Myśląc zaprezentowanymi powyżej kategoriami również można się zastanowić dlaczego Wrocław nie kupi historyjek z donaldówek. Jak miałem 6 czy 7 lat, dla mnie, ale zapewne i dla całego mojego pokolenia, to było coś. To był prawdziwy przejaw wolności. Oczywiście przesadziłem z tą wolnością, bo wiedza sześciolatka na temat czerwonoarmiejców była tak samo wielka, jak związek Wrocławia z MM. 😉
Wróćmy jednak do fotografii. Co Wrocław tak naprawdę kupił. Odbitki zdjęć z wizerunkiem MM, autorstwa Miltona H. Greene?a czy także licencje, a jeżeli licencje to jakie? Zasady tej dokładnie aukcji oraz informacja o tym, czy w ramach nabycia uzyskuje się prawa do odbitek, czy coś więcej niestety nie były dostępne dla wszystkich, nie znajdziemy ich więc również na stronie domu aukcyjnego. O sposobie przeprowadzenia tej transakcji możecie przeczytać na stronach ForbesLife.
Przed kupnem zdjęć przez wrocławską spółkę miejską miały miejsce dwie wcześniejsze aukcje części zdjęć MM autorstwa Miltona. H. Greene?a pochodzących z tzw. kolekcji FOZZ. Informacje o tych aukcjach i o zdjęciach są dostępne w Internecie na stronie domu aukcyjnego. Dlaczego o tym wspominam. Ano dlatego, że w informatorze/katalogu[Uwaga 2019/05/15 – usunąłem aktywny link, bo brak kontentu do którego się odwoływał] nie ma ani słowa o tym, że poza odbitkami nabywca uzyska dodatkowo jakąkolwiek licencję do praw autorskich majątkowych. Przy każdym zdjęciu w katalogu jest opis typu ?fotografia czarno-biała/papier barytowy, AxB cm, cena wywoławcza X, cena estymowana Y?.
O różnicach pomiędzy nabyciem egzemplarza utworu a nabyciem praw autorskich majątkowych pisałem m.in. w ?Odbitkach wujka Leona?. Przypomnę tylko, że:
?Art. 52. 1. Jeżeli umowa nie stanowi inaczej, przeniesienie własności egzemplarza utworu nie powoduje przejścia autorskich praw majątkowych do utworu.?
Czytając opisy zawarte w katalogu aukcyjnym należy uznać, że przedmiotem aukcji były tylko odbitki, a nie jakakolwiek licencja do autorskich praw majątkowych. Skoro sprzedawane w 2012 r. zdjęcia pochodzą z tej samej Kolekcji FOZZ, co zdjęcia zakupione przez Wrocław, to domniemam, że i zasady w zakresie praw majątkowych są takie same. Mogę się jednak mylić, chociaż w regulaminie zapisane jest, że ?zgodnie z oświadczeniem FOZZ powierzone obiekty stanowią własność FOZZ bądź też FOZZ posiada prawa do rozporządzania nimi?. Wracamy do wywiadu z gazeta.pl. Na pytanie dziennikarki padła odpowiedź:
?Wiadomo było, że wraz z zakupem dostaniemy licencję dotyczącą praw autorskich. Ale obrót wizerunkami takich postaci jak MM jest objęty szczególnymi regulacjami?.
Zgodnie z prawem amerykańskim wykorzystanie wizerunku osoby dla celów komercyjnych (wpis „Right of publicity”) wymaga posiadania stosownej zgody. Pytanie, jakie się nasuwa, jest bardzo proste. Co rzeczywiście kupił Wrocław za 6,5 miliona złotych? Jeżeli rzeczywiście wraz zakupem odbitek nabywca uzyskał licencję do praw autorskich majątkowych, to po co te wszystkie ceregiele. Wiadomo, kto sprzedał, kto kupił i za jaką cenę, dlatego też może po prostu warto pokazać umowę i zakończyć spekulacje na temat tego, co wolno, a czego nie nabywcy.
Na pytanie, dlaczego Wrocław kupił zdjęcia MM. odpowiedź jest prosta. Mężczyźni wolą blondynki. A Wrocławiem rządzą faceci ;-).
PS1. Ilustracją dzisiejszego wpisu jest zdjęcie „obrazu” znajdującego się w byłych koszarach ZOMO przy ul. Księcia Witolda we Wrocławiu.
PS2. Zmykam w końcu na jakieś zdjęcia, więc na blogu będzie przerwa techniczna do połowy maja. 🙂
Krótki przegląd tez z nowych orzeczeń sądowych, które są w kręgu zainteresowań F-LEXa i jego czytelników. Każde zagadnień poruszanych w cytowanych orzeczeniach gościło już na blogu, dlatego też przy każdym z nich link do odpowiedniego tekstu, który jeżeli będzie trzeba poprowadzi czytelnika do dalszych zagadnień. 🙂
Za zasadnicze kryterium odróżniające utwór inspirowany od utworu zależnego, będącego opracowaniem, przyjmuje się takie twórcze zmodyfikowanie elementów dzieła inspirującego, że o charakterze dzieła inspirowanego decydują już jego własne, indywidualne elementy, a nie elementy przejęte (wyrok Sądu Najwyższego z dnia 10 lipca 2014 r., sygn. akt I CSK 593/13)
Sprawą linkowania do utworów chronionych prawem zajmował się niedawno Trybunał Sprawiedliwości. W dniu 13 lutego 2014. ogłosił on wyrok w sprawie pod sygnaturą C-466/12, w którym stwierdził, że nie stanowi czynności publicznego udostępnienia, w rozumieniu w rozumieniu art. 3 ust. 1 dyrektywy 2001/29 w sprawie harmonizacji niektórych aspektów praw autorskich i pokrewnych w społeczeństwie informacyjnym, na stronie internetowej linków, na które można kliknąć, odsyłających do utworów chronionych ogólnie dostępnych na innej stronie internetowej. Co to oznacza w praktyce? Jeżeli ktoś na swoim blogu zalinkuje ten tekst (uwaga: nie wklei tekstu, a jedynie zapoda aktywny link do niego), to nie naraża się ani na spotkanie z autorem F-LEXa, ani na spotkanie z Temidą. 🙂 Trybunał Sprawiedliwości podkreślił, że udostępnienie odnośnych utworów za pośrednictwem linka, na który można kliknąć nie prowadzi (z zasady) do udostępnienia odnośnych utworów nowej publiczności. Jeżeli bowiem publicznością, do której skierowane było pierwotne udostępnienie, byli wszyscy potencjalni odbiorcy danej strony, to wszyscy internauci mogli więc mieć do niego wolny dostęp. Także ci, którzy trafili tam dzięki linkowi umieszczonemu na innej stronie. Skoro F-LEX jest ogólnodostępny i każdy użytkownik Internetu może tu trafić, to inne osoby maja prawo do umieszczania linka do tekstów F-LEXa na swoich stronach czy blogach. Czy w takim razie jest możliwa sytuacja, że wrzucenie aktywnego linku na swojej stronie do czyjegoś utworu, będzie jednak naruszeniem prawa autorskiego? Tak. Trybunał Sprawiedliwości wskazuje, że taka sytuacja będzie miała miejsce, gdy:
Dzisiaj fotograficzna część Internetu żyje sprawą makaka i jego selfie. Różne źródła podają troszkę odmienny stan faktyczny. Z tekstu zamieszczonego na TVN24 wynika, że specyficzne selfie powstało w sytuacji, gdy małpa zabrała fotografowi aparat i się nim bawiła. Gazeta.pl twierdzi natomiast, że fotograf dał małpie aparat. Angielski Mirror pisze jednak, że małpa zabrała aparat.
Ktoś zapyta, czy to ma jakiekolwiek znaczenie? Ano właśnie ma. Trzy lata temu w tekście „Autoportret” poruszałem kwestię autorstwa zdjęcia zrobionego przez osobę trzecią, której rola ograniczała się jedynie do naciśnięcia spustu migawki. Wtedy też powstało pojęcie „Pan Push the Button”. W rzeczy samej mój wpis odnosił się do człowieka, ale nie ma przeszkód, aby w rolę „Pana Push The Button” wcielił się sympatyczny czarny makak.
Na początek krótkie przypomnienie regulacji prawnych.
Dawno, dawno temu, czyli w połowie XX wieku, Sąd Najwyższy uznał (sygn. akt II CR 688/60), że każde z powiększeń jest pracą oryginalną i wymaga indywidualnego opracowania, a każde z tego rodzaju zdjęć wymaga użycia najmniej jednej godziny czasu pracy, ponieważ każde powiększenie musi być indywidualnie opracowywane. Co to oznaczało w praktyce? Uzasadnienie było bardzo krótkie i lakoniczne. Można jednak wnioskować, że Sąd Najwyższy uznał, że każda z odbitek może być oddzielnym utworem, który może podlegać osobnej ochronie prawnej. Dlaczego w erze fotografii cyfrowej przywołuję orzeczenie sądowe z czasów ery fotografii analogowej? Od strony prawnej wywołanie cyfrowe nie różni się niczym od wywołania analogowego, dlatego też orzeczenie z 1961 r. pozostaje nadal aktualne.
Przyczynkiem do wpisu jest wizerunek Chrystus z Rio w koszulce piłkarskiej reprezentacji Włoch. Brazylijski episkopat będzie się domagał odszkodowania za nielegalne wykorzystanie wizerunku Chrystusa Odkupiciela.
My mamy własny pomnik Chrystusa Króla w Świebodzinie, więc możemy pospekulować, co by było, gdyby taka sytuacja dotyczyła polskiego pomnika. Na marginesie można złośliwie stwierdzić, że mając na uwadze kondycję naszej piłki nożnej powinien on raczej mieć plakat z napisem ?Nic się nie stało!?, niż koszulkę reprezentacji. Dla potrzeb rozważań o prawie autorskim niech założy jednak koszulkę reprezentacji. Pomnik w Świebodzinie jest utworem w rozumieniu Ustawy, czy można zatem byłoby go ?bezkarnie ubrać do reklamówki? w trakcie post produkcji na stole montażowym lub w Photoshopie?
Usterki zdarzają się wszystkim i wszędzie. Nikogo nie dziwi cieknący kran, skrzypiące drzwi czy krzywo osadzone okno. Czy zatem usterka może dotyczyć również utworu, w tym utworu fotograficznego? Kwestia usterki w przypadku utworu to dosyć skomplikowana sprawa. Pewne ogólne wskazówki daje nam Sąd Apelacyjny w Warszawie (sygn. akt VI ACa 372/05), który stwierdził, że o usterce utworu można mówić wówczas, gdy nie spełnia on warunków określonych umową lub wynikających z przeznaczenia utworu, czy też z zapewnień autora. Nie chciałbym w tym miejscu podejmować się próby określenia konkretnych kryteriów pozwalających uznać, że dane zdjęcie ma usterkę. Można jednak pokusić się o wskazanie pewnych usterek, które powinny być dla wszystkich oczywiste np. zaszumienie zdjęcia, zły balans bieli czy brak ostrości. Próby wskazania dalszych usterek fotograficznych pozostawiam jednak zaprzyjaźnionemu blogowi, czyli ?Szturchańcowi fotograficznemu?.
Krótka powtórka z definicji ?utworu?. Utworem, będącym przedmiotem prawa autorskiego, jest każdy przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze, ustalony w jakiejkolwiek postaci, niezależnie od wartości, przeznaczenia i sposobu wyrażenia (art. 1 ust. 1 Ustawy). Z pomocą zrozumienia pojęcia ?twórczości? i ?indywidualności? stara się przyjść Sąd Najwyższy.
?Charakter „twórczości” i „indywidualności” mającego podlegać ochronie prawa autorskiego przedmiotu można oprzeć na argumentacji odnoszącej się do strony podmiotowej stosunku łączącego twórcę z jego dziełem („piętno osobiste”, „znamiona osobowości”), albo na aspektach przedmiotowych, tj. odnoszących się do samego wytworu ludzkiego umysłu. W razie zastosowania drugiego testu, który trzeba uznać w świetle poglądów doktryny za lepiej uzasadniony, przyjmuje się, że rezultat wysiłku intelektualnego nie może być rutynowy, standardowy i typowy. Nie może natomiast być uznany za utwór i objęty ochroną prawa autorskiego taki przejaw ludzkiej aktywności umysłowej, któremu brak cech dostatecznie indywidualizujących, tj. odróżniających go od innych wytworów podobnego rodzaju i przeznaczenia.? Z uzasadnienia wyroku Sądu Najwyższego z dnia 13 stycznia 2006 r. (III CSK 40/05)
